Spis legend

Logo serwisu Biblia


Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
















Legendy o świętych



Św. Jan Boży wyznawca i zakonodawca


Zobaczmy, jak to pewien syn włościański z Portugalii popadł w nędzę i w jaki sposób z niej się wyratował. Nazywa się on Jan Boży, a papież Aleksander VIII policzył go w r. 1690 uroczyście w poczet Świętych.

Jan urodził się w r. 1495 w Monte-Mor, małej wiosce powiatu Evora, jako syn niezamożnych lecz pobożnych włościan, którzy nie szczędzili trudu ani starań, by w sercu jedynego dziecka rozpalić miłość ku Jezusowi i Maryi i by zaznajomić go z religią katolicką. Jan posiadał wielkie zdolności, żywe usposobienie, chęć i zamiłowanie do pracy. Gdy liczył dziewięć zaledwie lat życia, przybył jakiś podróżnik do domu ojcowskiego i opowiadał cuda o swych wędrówkach po Hiszpanii a zwłaszcza o przepychu i bogactwach stolicy tego kraju. Jan słuchał tego bardzo uważnie; w prostocie swej uwierzył każdemu słowu opowiadającego, a wzburzona jego wyobraźnia skłoniła go do tak niemądrego kroku, że bez wiedzy i woli rodziców uszedł z owym podróżnym; lecz ten opuścił go zdradziecko w Orogezie w dalekiej Kastylii. Oszukany w tak haniebny sposób i opuszczony chłopiec nie wiedział, co począć. Na szczęście ulitował się nad płaczącym pewien zamożny włościanin i przyjął go jako pomocnika dla swego owczarza. Jan okazał się pilnym i spokojnym, odmawiał codziennie różaniec, czuwał troskliwie nad owieczkami i zachowywał się tak skromnie, że pozyskał sobie zupełne zaufanie gospodarza i awansował na dozorcę owczarni. Po ośmnastu latach pracy zamierzył zadowolony bardzo zeń pan jego przywiązać go do domu, chcąc mu dać córkę za żonę. Lecz Jan już pierwej postanowił był że pozostanie w stanie bezżennym, podziękował więc uprzejmie za zaszczytną propozycję.

Hrabia Orogezo, który werbował dla króla Karola V żołnierzy na wojnę z Francuzami, pochlebnemi namawiał go słowy, by wstąpił do wojska. Jan został z radością żołnierzem, a w wyobraźni widział już honory i zaszczyty, jakie sobie miał mieczem wywalczyć; lecz po raz drugi spotkał go zawód. Gdy bowiem razu pewnego miał jechać po żywność, spadł z konia, nie umiejąc jeszcze dobrze jeździć, i odniósł ciężkie obrażenia ciała, które zamiast wzbudzić litość u towarzyszy broni, ściągnęły nań jeszcze ich szyderstwa i śmiechy. Ledwo przyszedł do zdrowia, kazał mu kapitan strzec zdobyczy wojennej. Lecz tę ukradziono mu w nocy, za co niebacznego stróża skazał sąd wojenny na powieszenie. Wstawienie się pewnego litościwego oficera uratowało mu wprawdzie życie; lecz mimo to wygnano go haniebnie z obozu. Biedny Jan powrócił do dawniejszego swego gospodarza i służył znowu kilka lat nienagannie i wiernie; nie myślał już o smutnych zdarzeniach w wojsku, żyjąc szczęśliwie wśród zajęć wiejskich.

W roku 1532 wkroczył sułtan turecki Soliman do Węgier i zagrażał Wiedniowi. Król Karol V ściągnął wszystkie wojska z różnych krajów swego państwa, a zatem i z Hiszpanii, celem wypędzenia wroga. I znów namówił go pewien pochlebca, by zamienił ubranie chłopskie na mundur, a kosę na muszkiet, przedstawiając mu, że zobaczy wiele krajów, wielkie miasta, rozmaite narody, wiele rzeczy pięknych i wspaniałych i Jan pomaszerował do Węgier. Nie spotkało go żadne nieszczęście na wojnie, męstwo jego i odwaga zdobyły sobie nawet pochwałę wodza; lecz po odejściu pobitych Turków odesłał cesarz wojska hiszpańskie do domów.

Po opuszczeniu szeregów czuł się Jan bardzo nieszczęśliwym. Tęsknota ciągnęła go do rodziny, do ojczyzny. Lecz w niej stał się już zupełnie obcym. Rodzice jego dawno już nie żyli. Biedną matkę wpędziły żal i smutek wskutek jego potajemnego opuszczenia domu rodzicielskiego wkrótce do grobu, ojciec zaś jego umarł jako pobożny parobek w klasztorze franciszkańskim. Dom rodzinny, w którym spędził młodość szczęśliwą, zamieszkali teraz obcy ludzie, nikogo teraz nie znał, a i nikt jego. Czuł się dziwnie samotnym i opuszczonym w wielkim i gwarnym świecie. Bolesne wspomnienia o opuszczeniu rodziny w młodych latach, o zawodach, których przyczyną byli źli doradcy, i o występnem życiu, jakie wiódł w wojsku, dręczyła go nieustannie. Różne myśli przebiegały jego głowę, wyobrażenia dziwaczne snuły mu się po niej, dziwne jakieś i obce uczucia, jakich dawniej nigdy nie doznawał, wstrząsały jego sercem. Nie wiedział, co się z nim stało ani jak to wszystko się skończy. Jan uczuł się sierotą w najsmutniejszem tego słowa znaczeniu. Nie miał jeszcze czterdziestu lat, a był jeszcze w pełni sił. Nie chciał po raz trzeci już przyjąć służby u owego starego, dobrego gospodarza, a przecież musiał szukać chleba i pracy. Jęczał pod ciężarem samowolnie zawinionej niedoli.

Ze łzami w oczach westchnął i spojrzał w niebo do Boga i Ojca wszelkiego pocieszenia; z różańcem w ręku, który przy pracy w polu i w wojsku zawsze nosił .przy sobie i odmawiał go pilnie, błagał Maryi, Ucieczki grzeszników i Pocieszycielki strapionych, o radę i pomoc i postanowił tymczasowo zarabiać na kawałek chleba jako robotnik przy budowlach państwowych. Szczęście mu dopisało. Pilnością, roztropnością i przestawaniem na małem zarobił sobie tyle pieniędzy, że mógł pewnej nieszczęśliwej i biednej bardzo rodzinie z czterema małemi dziewczętami udzielać przez trzy lata pomocy materialnej i wydobyć ją z nędzy. Później: rozpoczął w tym pobożnym zamiarze, by pomóc chrześcijańskiemu ludowi w jego ubóstwie duchowem i religijnem, sprzedawać obrazy święte, katechizmy i książki pobożne, i wędrował - z tobołkiem na plecach - od domu do domu, od wsi do wsi i zarobił przy tem tyle, że mógł niezadługo zarobionemi pieniędzmi założyć w mieście Granadzie skład książek. Sprzedając książki po niskich cenach, a będąc przy tem względem kupujących uprzejmym i grzecznym, umiał przyciągać do siebie ludzi jak magnes przyciąga żelazo i powiększał ciągle swój skład. Zawsze umiał opowiadać coś nowego, przedstawiał pożytek z czytania i chwalił naukę i wiedzę, mówiąc o tem wszystkiem tak przekonywująco i serdecznie, że nikt nie wychodził z jego składu, nie kupiwszy sobie jakiej książeczki lub obrazka. Nawet książki przeciwne wierze i dobrym obyczajom, romanse... wykładał w oknie wystawnem, ale nie aby je sprzedawać, lecz przed czytaniem tychże usilnie przestrzegać.

We święto św. Sebastiana usłyszał Jan w r. 1538 kazanie najsłynniejszego kaznodziei hiszpańskiego Jana z Awili, prawiącego, że katolik powinien jak św. Sebastian raczej sto razy umrzeć śmiercią męczeńską, aniżeli ciężkim grzechem obrazić chociaż raz tylko Boga, najwyższe Dobro. Wpływ tej prawdy na duszę księgarza był tak zbawienny, że życie swe zmienił zupełnie. Płacząc głośno wyszedł z kościoła, rozdał ubogim wszystkie książki, jakie miał na składzie, zniszczywszy przedtem wszystkie złe dzieła. Potem poszedł na najwięcej ożywione ulice miasta, bijąc się w piersi i wołając: „O Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!” rzucił się na ziemię, targając swą brodę i włosy i wciąż płacząc. Tłum ludzi na widok ten zawołał: „Głupi, wariat!” i gonił go z kijami w ręku i rzucał nań kamienie. Zachęcał ich jeszcze do tego, mówiąc: „Więcej, jeszcze więcej; bo zasługuję na wielką hańbę i wzgardę, bom Boga, najwyższe Dobro, obraził i Nim gardził”. Wzięto go do domu obłąkanych, gdzie - według ówczesnego sposobu obchodzenia się z obłąkanymi - bili go strasznie dozorcy przez ośm miesięcy. Nie skarżąc się ani słowem znosił tę pokutę. Jan z Awili odwiedził go w zakładzie, tłumacząc mu, by takiej przesady zaniechał, a życie wiódł pobożne. Jan, miany za obłąkanego usłuchał natychmiast, po czem zdjęto zeń pęta. Później pomagał chętnie sam pielęgnować chorych zakładowych lecz w łagodniejszy sposób.

W tym nowicjacie dojrzało w nim postanowienie, poświęcenia się zupełnego usłudze chorych „dla Boga”. Posiadał jeszcze zdrowe ręce i kochające gorąco serce. Pracą niezmordowaną, modlitwą gorącą i z pomocą ludzi dobrej woli udało mu się wkrótce wynająć dom, ustawić w nim czterdzieści łóżek i zanosić do nich chorych. Tymi ulubieńcami opiekował się z macierzyńską troskliwością, nakłaniał ich najpierw do tego, by przez dobrą spowiedź i godną Komunię św. uzdrowili swą duszę, pouczał ich, że powinni cierpienia swe uświęcić cierpliwem ich znoszeniem, uczył ich pobożności i umiał w szczególniejszy sposób zająć ich jakąś pracą pożyteczną. Co wieczora chodził z koszem na plecach a dwoma naczyniami w rękach po ulicach miasta, wołając: „Dla Boga samego, bracia drodzy, świadczcie sobie sami dobrze!” Wkrótce napełniały się jego naczynia, a on - dziękując serdecznie ofiarodawcom - zanosił je radośnie do łóżek swych ulubieńców.

Poświęcając się w taki sposób dla drugich, nie zapominał o własnej duszy. Pewnego poranku uzbierał gałązek w lesie. Gdy zbliżył się z tą wiązką na plecach do miasta, obudziła się w nim dawna pycha chłopska, zawstydził się nagle nieść drzewo przez miasto, tak iż darował je przed bramą miejską pewnej biednej kobiecie. Lecz natychmiast ogarnął go żal za tę bojaźń ludzką - i przyniósł jeszcze większe brzemię z lasu. Gdy wracał do miasta, ogarnęła go jeszcze większa bojaźń ludzka, lecz w świętym gniewie rzekł do siebie: „To tak, pyszny grzeszniku, ty wstydzisz się nieść drzewo przez miasto dla Jezusa, a Jezus, Syn Boży, niósł dla ciebie, dla twych grzechów haniebne drzewo krzyża przez ulice miasta Jerozolimy. Za karę musisz teraz w jasny dzień nieść to drzewo przez rynek, gdzie wszyscy ludzie cię widzą i znają”. I tak też uczynił.

Jan nie ograniczał błogiej swej działalności na swój szpital; rozciągała się ona na wszystkich potrzebujących w chatach ubogich, wdów i sierot, w jaskiniach nędzy i występku. Zadziwiająca ta praca jego i liczne cuda, zdziałane na chorych, pobudziły przeciw niemu zaciętych wrogów, którzy rzucali nań wszędzie oszczerstwa i podejrzenia, stawiali mu liczne przeszkody, oskarżali go fałszywie u władz duchownych i świeckich; lecz rosła i liczba przyjaciół jego, którzy pomagali mu obfitą jałmużną i posługą we dnie i w nocy, a nawet kilku młodzieńców wstąpiło zupełnie do jego służby. Gdy miotano nań wyzwiska w jego obecności, odpowiadał na to łagodnie: „Bracie drogi, raz muszę ci i tak kiedyś przebaczyć; oto podaję ci rękę do zgody, bo nie chcę w przyszłości myśleć o tej sprawie!” Razu pewnego prosił kilku panów grających w karty o jałmużnę dla swych ubogich. Darowali mu 25 dukatów. Podziękowawszy im serdecznem „Bóg zapłać”, odszedł. Lecz markiz Tarifa i dwaj inni jeszcze panowie chcieli się naocznie przekonać, czy Jan rzeczywiście daje te pieniądze ubogim. Tarifa przebrał się więc za żebraka i czekał na rogu ulicy na Jana, gdy wracał do szpitala, podczas gdy dwaj towarzysze ukryli się w pobliżu. Tarifa prosił go z płaczem: „O ja nieszczęśliwy, pewien Żyd wygnał mnie z całego majątku wytoczywszy mi proces niesprawiedliwy; nie wiem teraz, co począć; chyba z rozpaczy odbiorę sobie życie; ratuj mą duszę i me życie!” Jan pocieszył go: „Właśnie otrzymałem 25 dukatów jako jałmużnę, przydałyby się wprawdzie moim chorym, lecz ponieważ Bóg chce, bym tobie najpierw pomógł, więc weź te pieniądze, On dopomoże mnie i tobie”. Tarifa i dwaj towarzysze przynieśli owe 25 dukatów do reszty towarzyszy, zdumionych tym czynem Jana niezmiernie. Na drugi dzień darował Tarifa Janowi 175 dukatów, dawał szpitalowi co miesiąc jałmużnę i opowiadał o tej próbie innym panom, co zakładowi Jana wielkie przyniosło korzyści. Najlepszym jego przyjacielem i obrońcą stał się biskup z Tuy i kanclerz z Granady, który dał mu przydomek „Jan Boży” i przyczynił się do tego, że szlachta i mieszczanie powiększyli znacznie jego szpital i urządzili go lepiej. W zadziwiająco wielkiej liczbie zgłaszali się mężczyźni do Jana Bożego, by pod jego rozkazami zajmować się dobrowolnie usługą chorych. Tym sposobem powstał zakon „Braci miłosiernych”, zatwierdzony przez Piusa V w r. 1572 według reguły św. Augustyna, a który dobroczynne swe ramiona rozciągnął wnet nad całą Europą.


Legenda pochodzi z książki „Prawidła życia chrześcijańskiego dla każdego wieku i stanu”, ks. Otto Bitschnau, z rozdziału „Stan włościański: Obecna nędza stanu włościańskiego i jej przyczyny”


© 2000–2021 barbara     Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved     Strona nie zawiera cookies